poniedziałek, 15 stycznia 2018

Sen o fidze

Przyśniło mi się, że kupiłam figi.
Zdałam sobie z tego sprawę w momencie, gdy przeglądałam plik ze zdjęciami do przepisów; w oko wpadło mi to z ciastem czekoladowym i dorodną figą na wierzchu, i nagle przypomniałam sobie swój sen. Nie pamiętam szczegółów; tylko to, że stałam w kuchni, a na blacie obok deski do krojenia i noża leżały soczyście fioletowe figi. Później wzięłam jedną do ręki i oglądałam z zaskakującą uwagą... I tyle. 

To z kolei skłoniło mnie do zastanowienia się nad zjawiskiem deja vu. Bo wiecie co? Mam wrażenie, że zdarza mi się ono dość często. 
Dzień jak co dzień, nic niezwykłego się nie dzieje, aż tu nagle mam nieodparte wrażenie, że... To już kiedyś było. I wiem, co wydarzy się za chwilę, co ktoś powie albo zrobi. Doskonale wiem, że to niemożliwe; że to tylko mój mózg płata mi figle, ale i tak przeszywają mnie dreszcze. I tak sobie myślę, że może jednak nie powinnam o tym pisać, bo jeśli przeczyta to jakiś psychiatra, to jeszcze będzie chciał się za moją psychikę zabrać... A przecież ze mną wszystko w porządku; prawda...?

A skoro już o figach mowa; skoro mi się śniły i później wkroczyły w moje myśli niezwykle wręcz stanowczo, będzie i ciasto z figami. Taki mały torcik, niemalże...

Przepis na ciasto z ciemnym piwem znalazłam u Agaty; akurat miałam butelkę na zbyciu, więc czym prędzej zabrałam się za pieczenie. Miałam jednak ochotę jakoś je urozmaicić; przygotowałam więc krem budyniowy w dodatkiem masy krówkowej, a dodatkowo przełożyłam je karmelizowanymi figami. Efekt jest oszałamiający! Ciasto czekoladowe jest dość ciężkie i obłędnie wyraziste w smaku, wilgotne i mięsiste - wprost idealne na styczniowe, szare dni. Krem budyniowy z bitą śmietaną zamiast masła jest lekki i delikatny, a jego krówkowy smak świetnie komponuje się z czekoladowym ciastem. Figi są tu kropką na i - można je pominąć, ale lepiej zastąpić jakimiś innymi owocami. Może świeżą żurawiną...? Wyjdzie wtedy ciasto z pazurem.

Czekoladowe ciasto na ciemnym piwie z kremem krówkowym i figami


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 22 cm)
  • 250 ml ciemnego piwa
  • 150 g masła
  • 145 ml śmietany kremówki (38%)
  • 70 g ciemnego kakao
  • 200 g cukru trzcinowego
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 2 jajka
  • 300 g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej

budyniowy krem krówkowy:
  • 250 ml mleka
  • 25 g budyniu krówkowego
  • 20 g cukru
  • 50 g masy krówkowej
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)

dodatkowo:
  • 2 łyżki cukru
  • 2 figi

dekoracja:
  • 2 łyżki cukru pudru
  • 1 figa

Masło rozpuścić, przestudzić. Wymieszać z piwem i śmietaną.
Kakao przesiać, wymieszać z cukrem, dodać do mokrych składników, połączyć. Wlać ekstrakt z wanilii, wbić jajka i dokładnie wymieszać.
Mąkę przesiać z proszkiem i sodą. Dodać do mokrych składników, wymieszać tylko do ich połączenia.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia, boki posmarować masłem. Wlać ciasto.

Piec w 170 st. C. przez 50 minut.
Przestudzić w formie, a następnie odłożyć na kratkę do całkowitego wystudzenia.

200 ml mleka zagotować wraz z cukrem. W pozostałym mleku rozpuścić budyń, wlać do gotującego się mleka, gotować jeszcze chwilę, aż budyń zgęstnieje. Dodać masę krówkową, dokładnie wymieszać. Ostudzić.
Kremówkę ubić, partiami dodawać do budyniu, delikatnie mieszając łyżką.

Na patelni skarmelizować cukier. Figi pokroić w plasterki, skarmelizować. 
Przestudzić.

Ciasto przekroić na pół. Na paterze ułożyć spód, wyłożyć krem i plasterki fig, przykryć drugim blatem, delikatnie dociskając. Ewentualnie wyrównać brzegi.

Przed podaniem ciasto oprószyć cukrem pudrem i udekorować świeżą figą.

Smacznego!

A tymczasem, choć dopiero co wróciłam ze szkoły, już za dwa tygodnie czeka mnie kolejna tura... Ależ ten czas pędzi!

sobota, 13 stycznia 2018

Rozgrzewająca kawa na styczniową słotę

Zaplanowałam sobie na dzisiaj dzień lenia.
W dodatku uważam, że bezsprzecznie na niego zasłużyłam; szczególnie po piątku, kiedy to wyszłam z domu kwadrans po drugiej (w nocy, jakby ktoś miał wątpliwości), a wróciłam z powrotem o osiemnastej. W tym czasie zdążyłam być w pracy przez niemal dwanaście godzin, zahaczyć o supermarket, żeby kupić noże w promocji, i... Dojechać tam i z powrotem. Lista nie jest imponująca, ale zmęczona byłam tak, że zasnęłam na kanapie w pozycji półsiedzącej, kiedy próbowałam głaskać Ptysię i rzucać piłeczkę Pączusi... 
Obudziłam się cała obalała jakąś godzinę później tylko po to, żeby zawinąć się w najbliższy koc, położyć i znów odpłynąć w objęcia Morfeusza... A kiedy w końcu udało mi się wstać i dojść pod prysznic, pod strugami gorącej wody obiecałam sobie, że w sobotę nie kiwnę nawet palcem... Bo przecież zasłużyłam, prawda...?

Tymczasem, jak to zwykle ze mną bywa, już od rana stwierdziłam, że takie siedzenie na kanapie i nic-nierobienie w wolną sobotę, kiedy C. jest w pracy, jest bezproduktywne i nużące. Z poczuciem czasu uciekającego przez palce, zabrałam się za pranie, odkurzanie, mycie podłóg, ugotowanie zupy i wysprzątanie w szufladzie z przyprawami (wiecie, ile mam w domu rodzajów soli...? Ja już wiem: osiem). Przed odkurzaniem zdążyłam jeszcze wyczesać Ptysię i przyprawić o palpitację Pączusię, kiedy jej również to zaproponowałam (najpierw uciekała przed szczotką jak diabeł przed święconą wodą, a później stała cała sztywna i wyprostowana, jakbym prasowała ją rozgrzanym do czerwoności żelazkiem, a nie miziała szczotką z miękkim włosiem). 

Kiedy już się uporałam ze wszystkim (no, prawie; pranie nadal w toku, ale tutaj do powiedzenia ma więcej pralka niż ja), usiadłam bardzo z siebie zadowolona z książką w dłoni i... Stwierdziłam, że czegoś mi brakuje. Pogoda dzisiaj zdecydowanie nieciekawa - cały dzień jest szaro i pochmurno, a do tego wietrznie; styczeń w takim wydaniu zdecydowanie nie nastraja optymistycznie. Myślałam o gorącej czekoladzie, ale okazało się, że nie mam w domu kremówki. A gorąca czekolada bez bitej śmietany to już zdecydowanie nie to... Na szczęście znalazłam u Leny przepis na niezwykle kuszącą kawę zbożową; akurat mam w lodówce otwartą puszkę z kajmakiem, a przypraw po świątecznych wypiekach ciągle leży w szufladzie pod dostatkiem. Zagotowałam więc wodę, podgrzałam mleko (słodkie kawy bez pianki z mleka w takie dni jak dziś po prostu nie wchodzą w grę) i... To było dokładnie to, czego mi było potrzeba! Aromatyczna, lekko słodka kawa (jeśli na co dzień pijacie kawę z cukrem, proponuję dodać ze dwie łyżki kajmaku zamiast jednej) z puszystą, mleczną pianką - smakuje po prostu obłędnie! 
Jeśli potrzebujecie czegoś bardziej pobudzającego - proponuję użyć zwykłej kawy, też będzie pysznie. 

Kawa korzenno-karmelowa


Składniki:
(na 1 porcję)
  • 3 łyżeczki kawy zbożowej
  • 1/4 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/4 łyżeczki mielonego imbiru
  • 1/4 łyżeczki mielonego kardamonu
  • 250 ml wrzątku
  • 1 łyżka masy krówkowej
  • 100 ml mleka

Kawę i przyprawy wsypać do szklanki, zalać wrzątkiem, odstawić do zaparzenia.
W tym czasie podgrzać mleko do temperatury 60 st. C., spienić.
Do kawy dodać masę krówkową, wymieszać. Na wierzch wylać pianę z mleka.

Smacznego!


A teraz, gdy zrobiło się już niemal zupełnie ciemno, mogę spokojnie ułożyć się na kanapie i poczytać - w końcu wyzwanie książkowe na Goodreads nie śpi!

czwartek, 11 stycznia 2018

Kransekage, czyli Nowy Rok po duńsku

W Święta pogoda zrobiła nam psikusa; słońce świeciło prosto w oczy z zaskakującą siłą, a termometr, nawet po przetarciu oczu ze zdziwienia, z zapamiętaniem pokazywał prawie dziesięć kresek. Rozglądając się wokół miało się wrażenie, że to marzec i pierwsze, nieśmiałe jeszcze, podmuchy wiosny. Byłam na to przygotowana; tydzień przed Wigilią w radiu mówili, że na białe Święta mamy... Całe dwa procent szans. I choć jestem niepoprawną optymistką, to jednak nie aż taką. Pogodziłam się z losem, a nawet znalazłam jasne strony zaistniałej sytuacji: nie trzeba co rano skrobać auta, ani wychodzić z domu piętnaście minut przed czasem, w razie, gdyby jednak było ślisko.

Tymczasem tuż po Nowym Roku, kiedy po raz pierwszy nieśmiało myśli się o wiośnie, pojawiły się przymrozki. I to nie byle jakie, bo całe pięć stopni poniżej zera! (Mieszkam w Danii - to nie Syberia; tutaj minus pięć wywołuje powszechny popłoch.) Przez ostatnie kilka dni szyby musiałam Francuzowi skrobać dwa razy dziennie, bo zanim skończyłam pracę, znów zamarzały. Chodniki pokrywa cienka warstwa lodu; na tyle jednak niebezpieczna, że trzeba naprawdę uważać przy spacerach z sierściuchami. Wylądowanie na czterech literach to jednak nie do końca to, na co ma się ochotę, nawet w taki słoneczny dzień, jak dziś.
Pączusia szaleje - śnieg wyzwala w niej dodatkowe rezerwy energii, o których nie miałam pojęcia, że istnieją. Biega, prycha i skacze, i - o dziwo! - zaraża tym Ptysię, która mimo swego statecznego wieku, nagle przypomniała sobie, jak to jest fajnie wsadzać nos w śnieg i wzbijać skrzące się w słońcu fontanny białego puchu. Zabieramy je więc do parku na dłuższe spacery; póki im łapki, a nam nosy, nie zaczynają zamarzać. Wtedy wracamy do domu, C. rozpala w kominku, a ja robię nam gorącej herbaty. I pod kocykiem, na kanapie, obserwujemy przybierające najfantastyczniejsze barwy niebo.
Ach, żeby tylko było więcej czasu na takie przyjemności...

Dzisiaj mam dla Was przepis na kolejny duński klasyk: kransekage. Cóż to takiego? Zaczniemy od rzeczy prostej: konfektu. Czyli małych wypieków, takich w sam raz na raz. Migdałowe ciasto na białkach, krótko pieczone w wysokiej temperaturze, przybiera apetyczną złoto-brązową barwę i staje się chrupiące, w środku jednak pozostaje miękkie i lekko ciągnące. Sylwestrowa zabawa nie może się obyć bez kransekage - o dwunastej przegryza się je do szampana. 
Klasycznie w Danii używa się masy o nazwie kranse xx - jest to masa na bazie migdałów i pestek moreli. W wypadku konfektu jednak idealnie sprawdzi się surowy marcepan. O marcepanowych masach więcej napiszę w kolejnym wpisie - Duńczycy mają ich bowiem całe mnóstwo, a każda służy do przygotowywania czego innego... Ale każdy, kto choć raz odwiedził ten najbardziej wysunięty na południe skandynawski kraj, wie, że jego mieszkańcy migdały traktują jak dobro narodowe na równi z ciastem duńskim (tutaj zwanym wienerbrød; tak dla ułatwienia).

Kransekage konfekt


Składniki:
(na 40 sztuk)
  • 310 g surowego marcepanu (kranse xx)
  • 155 g cukru
  • 50 g białek

dodatkowo:
  • 10 orzechów laskowych
  • 5 migdałów
  • 5 ćwiartek orzechów włoskich
  • 2 łyżki powideł śliwkowych
  • 2 łyżki nugatu

Marcepan utrzeć z cukrem na gładką masę - drobinki cukru nadal będą wyczuwalne. Powoli wlewać białka, cały czas ucierając.
Masę przełożyć do woreczka cukierniczego z tylko w kształcie gwiazdki, wyciskać rozetki na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.
W część wcisnąć orzechy laskowe, włoskie i migdały. W pozostałych wilgotnym palcem zrobić dziurki. Połowę z nich wypełnić powidłami.

Piec w 220 st. C. przez 6-7 minut. Ciasteczka powinny się zrumienić.

Puste ciasteczka wypełnić nugatem (jeśli jest zbyt twardy, lekko go podgrzać).
Zostawić do całkowitego ostudzenia.

Czekoladę zatemperować, maczać w niej spody ciastek, odkładać na papier do pieczenia.

Przechowywać w szczelnie zamkniętej puszce.

Smacznego!


Konfekt można wypełniać niemal wszystkim - orzechami, pistacjami, dżemami (muszą być twarde), nugatem (po upieczeniu, inaczej spali się w wysokiej temperaturze), wisienkami koktajlowymi... Im więcej rodzajów nadzienia, tym lepiej będą się później prezentować na talerzu.

wtorek, 9 stycznia 2018

Mus cytrynowy po duńsku

Witajcie!

W tym roku świąteczna przerwa od blogowania wydłużyła mi się niesamowicie. I to bynajmniej nie dlatego, że tak się objadłam wigilijnymi smakołykami, że przez dwa bite tygodnie nie byłam w stanie podnieść się z kanapy. Wręcz przeciwnie; dopiero dwudziestego drugiego grudnia wróciłam do domu z Zelandii, żeby później niemal codziennie być w pracy, aż do Nowego Roku. Tu chwilę sobie odsapnęłam, a później brutalny powrót do codzienności i pobudek o godzinach co najmniej nieprzyzwoitych. I tak się to wszystko kręci, a ja nie do końca się w tym odnajduję. Tymczasem już za trzy tygodnie znowu będę w szkole; ciężko więc wejść w rytm, który w grudniu kompletnie zagubiłam. 

Dzisiaj wstałam chwilę po ósmej, zjadłam śniadanie razem z C., zanim musiał jechać do pracy, i w końcu włączyłam komputer. Usiadłam przed pustym plikiem notatnika, odetchnęłam głęboko i... Poczułam to. Nieodpartą chęć pisania. Bo wiecie co...? Już zdążyłam się stęsknić...

Dzisiaj mam dla Was jeden z kultowych duńskich przepisów - przynajmniej w moich oczach. Nie mam pojęcia, czy w innych rodzinach też jest taka tradycja; wiem, że u C. kolacja noworoczna nie może się obyć bez cytrynowego musu. Podobno jacyś znajomi przygotowują go częściej; u C. jada się go tylko raz do roku - w Sylwestra.
Tak naprawdę to nic skomplikowanego ani niezwykłego - ot, puszysty mus cytrynowy z jajkami, pod chmurą lekkiej bitej śmietany. Ale wiecie co? Jedzony tylko raz w roku, ma jakieś magiczne właściwości. Tak jak barszcz czy pierogi - tego wieczoru smakuje wyjątkowo. 

Przepis dostałam od Teściowej, a ona ma go od swojej mamy, która ma go od swojej mamy... Jest to więc rodzinny przepis z tradycjami, i nic w nim nie zmieniałam. No, poza kolejnością mieszania składników - moim zdaniem dużo bezpieczniej dodawać żelatynę do ubitych żółtek niż do bitej śmietany. 
Mus wychodzi dość kwaśny i zdecydowanie wyrazisty. Świetnie smakuje z kieliszkiem słodkiego, musującego wina. I choć trochę się denerwowałam, czy sprostam wymaganiom, okazało się, że zupełnie niepotrzebnie - smakował dokładnie tak jak powinien.

To jak - skusicie się...?

Noworoczny mus cytrynowy z bitą śmietaną


Składniki:
(na miskę o pojemności 3 l)
  • 8 jajek
  • 500 ml śmietany kremówki (38%)
  • 160 g cukru
  • sok z 5 cytryn
  • 10 listków żelatyny
dodatkowo:
  • 400 ml śmietany kremówki (38%)
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Żółtka utrzeć z cukrem na puszystą, jasną masę. Dodać sok z cytryny, dokładnie zmiksować.
Kremówkę ubić na pół-sztywno.
Białka ubić na sztywno.

Żelatynę odcisnąć, rozpuścić. Powoli wlewać do żółtek, cały czas miksując. Następnie partiami dodać śmietanę, a na końcu białka, delikatnie mieszając łyżką.
Mus przełożyć do miski lub szklanek, schłodzić w lodówce przez minimum 3-4 godziny.

Przed podaniem ubić pozostałą kremówkę, wyłożyć na mus.

Smacznego!


Zgodnie z tradycją, deser przygotowałam w dużej, szklanej misce; tylko do zdjęcia odłożyłam małą porcję. Szklankę zdecydowanie łatwiej sfotografować...

niedziela, 24 grudnia 2017

Wesołych Świąt!

Też macie wrażenie, że to jednak grudzień, a nie luty, jest najkrótszym miesiącem w roku? Mi w tym roku dosłownie uciekł - nie zdążyłam absolutnie z niczym! Nie napiekłam setek pierniczków i ciasteczek, którymi mogłabym obdarowywać rodzinę i znajomych, nie pijałam wieczorami grzanego wina, grzejąc się przy kominku, nie siadywałam w bujanym fotelu, żeby z melancholijnym uśmiechem głaskać psy i zachwycać się choinką. Strasznie mi tego brakuje! I trochę mi smutno, że nie zdążyłam się wprowadzić w ten niesamowity nastrój, gdzie zbyt długie czerwone światła czy ciągnąca się w nieskończoność kolejka w sklepie nie wyprowadzają z równowagi, bo z nuconym pod nosem Last Christmas nic nie jest nam straszne.

Dziś - Wigilia. Naprawdę? 
Już za kilka godzin wrócę z pracy, wykąpię się, może nawet uda mi się chwilkę zdrzemnąć; zaniesiemy do auta wszystkie skrupulatnie zapakowane prezenty i pojedziemy do rodziców C., a tam, razem z resztą coraz pokaźniejszej familii (będzie nas piętnaścioro!; a już na przełomie kwietnia i maja powitamy nowego członka rodziny) zjemy świąteczną kolację, będziemy śpiewać kolędy i tańczyć wokół choinki, bawić się w pakkelege i szukać migdała w deserze. I zapomnę o tym, że grudzień mignął nie wiadomo kiedy; będę cieszyła się chwilą, spokojem i bliskością ważnych dla mnie osób. 

Wam również życzę cudownie spokojnych, wypełnionych śmiechem i radością Świąt, najpyszniejszych pierogów i barszczu z uszkami, całej fury prezentów, które wywołają okrzyki zachwytu, a przede wszystkim - wielu niezapomnianych chwil z najbliższymi - bo to przecież najważniejsze.


Jednocześnie ogromnie dziękuję za wszystkie życzenia - w tym roku były dla mnie szczególnie ważne; tak mi miło, że o mnie pamiętacie!

czwartek, 21 grudnia 2017

Piernik bananowy i róża z karmelu

Uff... Szczerze mówiąc, nie wiem już, w co ręce wkładać. I bynajmniej nie mam na myśli przygotowań do Świąt - za te ledwo się zabrałam w miniony weekend, i póki co, nie mam nawet czasu myśleć o tym, jak bardzo nie jestem w świątecznym nastroju.
Plan zajęć na ostatni tydzień szkoły wypełniony jest po brzegi. Zaczęliśmy od rzeźby z karmelu, czyli mozolnego zamieniania najzwyklejszego w świecie cukru w substancję nie tylko płynną, ale dającą się formować (lepiej lub gorzej, w zależności od stopnia wtajemniczenia). Moja wizja legła w gruzach (dosłownie); ratowałam się więc planem awaryjnym: drzewem i różą. I, muszę nieskromnie przyznać, z tej ostatniej jestem dumna; drugie podejście, a prezentuje się naprawdę nieźle. Co prawda palce nadal pieką mnie niemiłosiernie, ale czego się nie robi dla sztuki...


Kiedy uporałam się z płatkami, gałązkami i listkami, najwyższy czas było zabrać się za deser. Komponentów mam całkiem sporo (dziewięć), więc jest nad czym pracować. Wersja 5.0 sorbetu buraczanego w końcu okazała się strzałem w dziesiątkę... Jak będzie komponować się z resztą? Zobaczymy już za moment. Póki co, niemal wpadłam w zachwyt, gdy próbna kulka rozpuściła się pod sosem malinowym... Ale o tym opowiem innym razem; jak już uda mi się wszystko ogarnąć.
Żeby było jeszcze śmieszniej, jutro (dwudziestego drugiego grudnia, jakby ktoś zapomniał) mam egzaminy, na które nie tylko muszę umieć obliczać ceny, podatki i wydatki, ale wiedzieć, ile procent celulozy jest w czekoladzie, jakie są najważniejsze enzymy w maśle i w jaki sposób produkuje się nugat... Głowa pęka mi od liczb i ułamków, a to przecież jeszcze nie koniec...

Na szczęście choinka już ubrana, dom względnie wysprzątany, a Wigilię spędzamy u rodziców C., więc tak naprawdę nic nie muszę przygotowywać. Choć bardzo brakuje mi pieczenia ciasteczek, wypełniania kuchni aromatem pierniczków i nucenia pod nosem świątecznych piosenek. 
Postanowiłam sobie jednak, że w przyszłym roku będzie zupełnie inaczej. Czy się uda?
Oby...

Dzisiaj mam dla Was przepis na błyskawiczny piernik. A w zasadzie ciasto bananowe o aromacie piernika. Nie ma w nim wiele miodu; są za to aromatyczne przyprawy korzenne i lekko pijane rodzynki. 
Weekend też był zabiegany, ale po prostu musiałam wygospodarować chwilkę na, choćby i najkrótsze, posiedzenie w kuchni. Wybrałam przepis Doroty - akurat miałam trzy czerniejące banany... A powszechnie przecież wiadomo, że właśnie takie do ciast nadają się najlepiej. 
Ciasto udekorowałam polewą kakaową i cudownie świątecznym napisem; C. zabrał część do pracy - podobno zachwyciło wszystkich nie tylko smakiem, ale też dekoracją. Aż mi się miło zrobiło...

Piernik bananowy


Składniki:
(na formę o wymiarach 23x23 cm)
  • 280 g mąki pszennej
  • 20 g kakao
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 4 łyżeczki przyprawy do piernika
  • 100 g jasnego cukru muscovado
  • 60 ml oleju
  • 80 g miodu
  • 3 jajka
  • sok z 1 mandarynki
  • 3 dojrzałe banany
  • 50 g rodzynek
  • 50 g suszonej żurawiny
  • 1 łyżka ciemnego rumu
polewa kakaowa:
  • 60 g masła
  • 45 g cukru pudru
  • 20 g kakao
  • 1/2 listka żelatyny
dodatkowo:
  • złoty barwnik spożywczy w proszku
  • złoty barwnik spożywczy w tubce (pisak)
Rodzynki i żurawinę przełożyć do miseczki, wlać rum i zalać wrzątkiem tylko tyle, żeby przykrył bakalie.
Odstawić.

Mąkę, kakao i sodę przesiać, wymieszać z imbirem, przyprawą do piernika i cukrem.
Jajka roztrzepać,dodać olej, miód i sok z mandarynki, wymieszać.
Wlać mokre składniki do suchych, wymieszać tylko do połączenia.
Banany rozgnieść widelcem, rodzynki i żurawinę dobrze odcisnąć. Dodać do ciasta, wymieszać.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia, przelać do niej ciasto.

Piec w 180 st. C. przez około 40 minut, aż do suchego patyczka.
Wyjąć z piekarnika, przestudzić w formie przez 10 minut, a następnie wyjąć na kratkę.

Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Cukier puder i kakao przesiać. Przesypać do garnuszka, dodać masło, podgrzewać, aż cukier i masło się rozpuszczą. Zdjąć z palnika, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Odstawić do przestudzenia.

Polewą w temperaturze pokojowej polać całkowicie ostudzone ciasto. Wierzch udekorować złotym pyłkiem i napisami.

Smacznego!

Zdjęcie, jakie jest, każdy widzi; ale było już późno, i ciemno, i w ogóle nic mi się już nie chciało...
A ciacho pyszne, proste i szybkie, więc szkoda się przepisem nie podzielić.

piątek, 15 grudnia 2017

Spóźniony tort urodzinowy i post, który zaginął

Za pisanie tego posta zabrałam się w środę wieczorem. Zaparzyłam sobie herbaty, usiadłam przy biurku, zrobiłam dwa głębokie wdechy i zaczęłam pisać o świątecznych piosenkach, od których płynnie przeszłam do świątecznych wspomnień z dzieciństwa...
I wtedy zadzwonił telefon. Na pogaduchach z C. zeszło nam ponad pół godziny; w tym czasie komputer zdążył przejść w stan spoczynku uznając, że skoro ja się im nie interesuję, to on baterii tracił niepotrzebnie nie będzie.
Po skończonej rozmowie i lustracji herbaty (wystygła w tym czasie zupełnie) stwierdziłam, że nastrój na pisanie mi minął, i spróbuję dnia kolejnego. Poszłam więc pod prysznic, założyłam puchate skarpetki i ulokowałam się w łóżku z książką w dłoni i kubkiem gorącej herbaty na nocnym stoliku. Czy może być coś przyjemniejszego w ciemny, grudniowy wieczór...?

W czwartek po południu znów usiadłam do komputera - w końcu blogerskie obowiązki to nie przelewki. Zaczęłam tam, gdzie skończyłam, dopisując drugą część zdania, na którym przerwałam, i pozwalając myślom dryfować wokół świątecznych tematów. Zadowolona z siebie, wkleiłam do posta obrazki, kliknęłam opublikuj, a tam... Tylko ta część, którą napisałam w środę! Reszta - zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Nie pomagało cofnij i wstecz; wszystko przepadło. Zacisnęłam zęby, energicznie zamknęła laptopa i jak na dorosłą kobietę przystało, obraziłam się na bloggera, internet i w ogóle wszystko z blogowaniem związane.
Ech...

Dzisiaj więc zaczynam od nowa. Do tematu świątecznych piosenek jeszcze wrócę, bo bardzo je lubię, ale... Już nie dzisiaj. Teraz spieszy mi się, żeby do końca się spakować, szybciutko wypić herbatę i ruszyć w dwu i półgodzinną podróż na Jutlandię. W planach na ten weekend mam dokupienie trzech brakujących prezentów, zakupienie i przystrojenie choinki z nadzieją, że Pączusia do Wigilii nie zdąży jej przewrócić podczas swych szalonych harców po salonie, odwiedziny u rodziców C. i wyjście do kina w ramach adwentowego prezentu dla C. Są wśród Was jacyś inni fani Gwiezdnych wojen...? Mnie temat niespecjalnie pociąga (zdecydowanie wolę fantasy od sf), ale czego się nie robi dla Męża, którego widuje się raptem raz na tydzień...?

Tymczasem mam dla Was przepis na tort, który przygotowałam już ładnych kilka miesięcy wcześniej. Po powrocie z wakacji odczuwałam ogromną ochotę na upieczenie czegoś, a że akurat wypadały urodziny najmłodszej siostry C. i jej małżonka stwierdziłam, że to doskonała okazja.
Tort nie jest trudny w przygotowaniu: klasyczny kakaowy biszkopt, warstwa chrupiącej bezy i dwa musy - karmelowy i kawowy. Wbrew pozorom - wcale nie jest za słodki. Moim zdaniem smaki świetnie się uzupełniają, a biorąc pod uwagę, że zniknął niemal w całości, goście musieli się ze mną zgadzać.
Jedyny problem z tym ciastem to to, że na świeżo ciężko ukroić zgrabny kawałek - beza psuje szyki nawet najbardziej ostrożnym. Jednak po nocy w lodówce, kiedy nabierze nieco wilgoci z musu, krojenie nie powinno sprawiać trudności.

Dekoracja była adekwatna do okazji - rożowo-księżniczkowa część dla Alice, i wojskowo dla Jespera. Oboje byli zachwyceni. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, że obłożyć tort białym marcepanem i udekorować na przykład śnieżynkami, choinkami czy marcepanowym reniferem - świetnie się wtedy sprawdzi na bożonarodzeniowym stole.

Tort kakaowo-bezowy z musem kawowym i karmelowym


Składniki:
(na tortownicę o średnicy 26 cm)

biszkopt kakaowy:
  • 4 jajka
  • 150 g cukru
  • 25 g mąki ziemniaczanej
  • 75 g mąki pszennej
  • 25 g kakao

beza:
  • 2 białka
  • 105 g cukru
  • 1 łyżeczka białego octu winnego
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 łyżeczka mąki ziemniaczanej

mus kawowy:
  • 200 g serka mascarpone
  • 100 ml mocnej kawy
  • 3 listki żelatyny
  • 200 ml śmietany kremówki (38%)
  • 65 g cukru pudru

mus karmelowy:
  • 150 g cukru
  • 3 listki żelatyny
  • 250 ml śmietany kremówki (38%)
  • 150 g serka mascarpone

nasączenie:
  • 50 ml mocnej kawy

kawowy krem maślany:
  • 2 białka
  • 130 g cukru
  • 170 g miękkiego masła
  • 2 łyżki mocnej kawy

dodatkowo:
  • marcepan plastyczny

Przygotować biszkopt:
Białka ubić na sztywno, pod koniec partiami dodając cukier. Po jednym wbić żółtka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. 
Mąki i kakao przesiać, partiami dodawać do ciasta, miksując na najniższych obrotach miksera.

Dno formy wyłożyć papierem do pieczenia. Wylać do niej ciasto, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 40-45 minut.
Ostudzić w uchylonym piekarniku.

Przygotować bezę:
Białka ubić, pod koniec partiami dodając cukier. Gdy masa będzie sztywna i lśniąca, dodać ocet, ekstrakt i mąkę. Połączyć.

Dno tortownicy wyłożyć papierem do pieczenia, brzegi posmarować masłem. Wyłożyć bezę do formy, wyrównać wierzch.

Piec w 160 st. C. przez 10 minut.
Następnie zmniejszyć temperaturę do 110 st. C. i piec jeszcze 30-40 minut.
Ostudzić w piekarniku.

Przygotować krem kawowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie.
Kawę podgrzać, dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać do jej rozpuszczenia. Przestudzić.
Mascarpone zmiksować z cukrem pudrem, dodać żelatynę, połączyć.
Kremówkę ubić, delikatnie wmieszać do masy kawowej.

Biszkopt przeciąć na pół, na dnie tortownicy ułożyć spodni blat. Nasączyć. Wyłożyć krem kawowy, przykryć bezą, wstawić do lodówki.

Przygotować mus karmelowy:
Żelatynę namoczyć w zimnej wodzie. 
Cukier skarmelizować na patelni, dodać 100 ml kremówki, wymieszać. Dodać odciśniętą żelatynę, wymieszać. Wlać mieszankę do mascarpone, połączyć.
Kremówkę ubić, delikatnie wmieszać do masy karmelowej.
Wylać mus na bezę, przykryć drugim blatem biszkoptu, schłodzić.

Przygotować krem maślany:
Białko i cukier podgrzewać w kąpieli wodnej, cały czas mieszając, aż cukier całkowicie się rozpuści. Przelać do większej miski, ubijać, aż beza całkowicie wystygnie - około 10 minut. Dodawać po małym kawałeczku masła, miksując na najniższych  obrotach. Krem się zważy, a następnie przybierze pożądaną konsystencję.
Na końcu dodać kawę, połączyć.

Boki i wierzch tortu posmarować kremem maślanym.
Tort obłożyć marcepanem, udekorować według uznania.

Smacznego!


Ciasto obłożyłam kremem maślanym, żeby marcepan lepiej się trzymał. Jeśli macie ochotę na dekorację na przykład z bitej śmietany, krem maślany należy pominąć.
Muszę jednak przyznać, że tak jak kremów maślanych nie lubię (są dla mnie za tłuste i za ciężkie), tak w wersji kawowej wyjątkowo przypadł mi do gustu.